niedziela, 25 sierpnia 2013

Rozdział 2

 Przepraszam, tu autorka, czy ktoś by mógł napisać chociaż jeden komentarz, PROSZĘ?
_____________________________________________________________________________________________

Wyruszył o świcie, świadomy ryzyka tego posunięcia. On jednak nie zamierzał czekać, aż się ściemni i będzie bezpieczny. Chciał wypełnić swoją misję jak najszybciej i jak najlepiej, by w końcu skończyć z tym znienawidzonym światem i zacząć inne życie. Mimo braku skrzydeł poruszył się dużo ciszej niż większość aniołów szkolonych przez lata. Dzięki temu parokrotnie minął już duże oddziały patrolujące las w poszukiwaniu buntowników. W końcu jednak konfrontacja musiała nastąpić, i stało się to wcześniej niż później.
Naprawdę ciemną nocą, kiedy nie było już widać zupełnie niczego, chłopak wspiął się na drzewo, by być w miarę przygotowanym na atak. Zanim jednak zamknął oczy, obok jego głowy ze świstem wbiła się strzała. Nie musiał się specjalnie wysilać, by zauważyć wyrytą na grocie złotą czwórkę. Po raz pierwszy od dawna poczuł dławiący strach. Wobec największych aniołów we wszechświecie był bezsilny i zupełnie bezbronny. Mimo tego przeskoczył na inną gałąź i zwinnie zszedł z drzewa. Instynkt nakazywał mu uciekać jak najdalej, ale wiedział, że to się nie uda. Jedyną opcją była godna, bohaterska śmierć. Wyjął nóż, który od zawsze był jego jedyną bronią i skoczył w ciemność. W ułamku sekundy trafił na kogoś, w kim zatopił ostrze. Osoba zrzuciła go z siebie w mgnieniu oka i chłopak boleśnie uderzył twarzą w ziemię. Jego usta wypełnił metaliczny posmak, a po brodzie zaczęło coś ściekać. Na oślep zadał następne cięcie, które spotkało się z celem. Ofiara szarpnęła i wbiła coś głęboko w rękę Max'a. Chłopak wyrwał się i kopniakiem usiłował trafić w głowę anioła. Po krzyku i odgłosie upadku stwierdził, że mu się udało. Chwila triumfu nie trwała długo, ponieważ wokół jego szyi zacisnęły się ręce. Krztusząc się, Max zaczął się dusić, a nie pomagało mu to, że próbował się wyrwać. Ostatkiem sił wbił ostrze w ciało gdzieś nad sobą i ze zdziwieniem stwierdził, ze ucisk zniknął. Podniósł się, sycząc, gdy poczuł ból w ramieniu i poczuł dumę, gdy tamten go nie zaatakował. Po omacku poszukał dłoni i z szatańskim, wariackim śmiechem stwierdził, że nie czuje pulsu. Wciąż czuł absurd całej sytuacji. Zabił jednego z tej wielkiej czwórki, jednego z największych wojowników, jednego z tych uznawanych za wiecznych. Spróbował przywołać swoje anielskie moce, by wytworzyć światło, ale efektem była mała iskra, która natychmiast zgasła, nie ukazując niczego. Wściekle kopnął w przedmiot obok siebie, myśląc, że to kamień. Zamiast tego usłyszał pełne wyrzutu gruchanie gołębia. Pochylił się i podniósł go. W słabym świetle gwiazd dostrzegł tylko, ze ptak jest śnieżnobiały. Zdziwiło go, że ufnie siedzi na ręce człowiekowi, ale po chwili zobaczył bezwładnie zwisające skrzydło. Pierwsze, o czym pomyślał to to, że jest cholernie głodny, a gołąb mu już nie ucieknie. A drugie, że jest mu wstyd za pierwszą myśl, bo istotą, która go uratowała od śmierci, kiedy był mały był właśnie podobny do tego ptaka. Pogłaskał go po piórach, a wtedy powietrze rozświetliło się jakby tysiące aniołów tworzyło światełka. Spojrzał w dół. Pokonał Raphael’a, drugiego najważniejszego z Czwórki. Nie mógł się powstrzymać i zebrał trochę krwi na palce, po czym je polizał. „Znowu nie ten” – pomyślał z żalem.
Nagle uświadomił sobie, ze nie wygrał z nim dzięki swoim zdolnościom, ale dzięki temu gołębiowi. Przyjrzał mu się i coś mu się zaczęło przypominać, ale było to zbyt mgliste, by wiedział co. Ptak w międzyczasie usadowił się wygodnie na jego ramieniu. Max krzyknął, gdy pazury wbiły mu się w głęboką ranę i usiłował zrzucić swojego prześladowcę, ale po chwili ból i krew zniknęły, a rana zabliźniła się, po czym znikła bez śladu. Chłopak nabożnie przechylił głowę.
- Cholera, a ja cię chciałem zjeść. Jednak teraz mam z ciebie żywego większy pożytek niż z jedzenia. Jesteś samczykiem czy samiczką?
Po chwili zorientował się, że mówi do gołębia, który mimo wielkiej mocy i zdolności jednak nie umie gadać. Delikatnie położył go na głowie i wspiął się na drzewo, by pójść spać. Nagle zmarszczył brwi.
- Zaraz, skoro umiesz leczyć rany, to czemu nie wyleczysz sobie skrzydła? Na pewno wolisz wolność niż siedzieć z czymś, co nie jest ani człowiekiem, ani aniołem. I…
Jego głos zamarł. Po pierwsze, jego misja polegała na czymś innym niż odpoczywaniu i rozmowach z gołębiami. Powinien być w drodze i jak najszybciej znaleźć Anioła Nienawiści. A po drugie, skoro gołąb umiał leczyć, to czy mógłby…
Wspomnienia stały się zbyt świeże. Krew, strumienie złocistej posoki wszędzie – na ulicy, na ścianach, w domach, w ogrodach, na kościołach, targach, mostach i chodnikach. Dłoń matki ciągnącej go szybko za sobą, szybko wyrwana z jego dłoni. Nóż przecinający jego czoło, zmiana barwy krwi na czerwoną w ułamku sekundy. Przerażenie, że przestaje być aniołem. Życie czegoś pośredniego, zbyt niezwykłego by być człowiekiem, i zbyt innego by być aniołem.
- Mam czternaście lat, wiesz? Powinienem być małym cherubinkiem czy czymś, takim jak na obrazach, a nie osiągnąć wielkość i dojrzałość dwustuletniego anioła! Ja się zestarzeję i UMRĘ. I nigdy się nie dowiem, jakim byłem aniołem, bo ktoś uznał za zabawne wyciąć mi gwiazdę. Ugryzłem go. Smak jego krwi pamiętam do dzisiaj. Szukam go, by się na nim zemścić, ale i tak nie dowiem się, kim byłem. Czy możesz mi pomóc?
Gołąb popatrzył na niego, jakby rozumiał. Podreptał chwilę w miejscy, po czym opuścił pazury na jego czoło. Chłopak zagryzł żeby, bo wiedział, ze będzie boleć, a nie chciał krzyczeć. Jednak jego wysiłek nie był potrzebny, bo gdy tylko poczuł, jak krew wytryska z jego czoła, cicho jęknął, nie mogąc wydobyć z siebie głosu. Przez chwilę czuł ulgę pomieszaną z lekkim bólem, ale potem nagle pojawiło się straszne, okropne uczucie, jakby ktoś rozrywał mu czaszkę od środka, uczucie wprost nie do opisania i zaczął krzyczeć, krzyczeć tak głośno jak tylko mógł, tak, że myślał, że wypluje płuca, a w końcu zerwał z czoła ptaka i odrzucił go najdalej jak się dało, starając się nie zemdleć ani nie zwymiotować. Gołąb, jakby zupełnie się nie przejmując traktowaniem go w ten sposób, przydreptał i umościł się na włosach płaczącego chłopaka.
- Miałem nadzieję, że to zadziała – wychlipał Max. – Tak strasznie chciałem wiedzieć, kim jestem. I właśnie teraz zrozumiałem, że to się nigdy nie uda. Musiałbym wyrżnąć wszystkich i próbować ich krwi po kolei, by znaleźć zabójcę moich rodziców, a to niemożliwe. Po prostu, cholera, niemożliwe – zaśmiał się histerycznie, patrząc na blask, który go otaczał za sprawą tego gołębia i wtedy zrozumiał, co siedzi na jego głowie. Z okrzykiem zamachnął się nożem na ptaka, ale on już przeskoczył a inna gałąź.
- Jesteś Duchem Świętym. Ty cholerny sukinsynie, byłem pewien, że chcesz mi pomóc, z ty okazałeś się jednym z Trójcy Kurwa Przenajświętszej. Zabiję cię. ZABIJĘ! To z wami walczę. To was nienawidzę. To przez waszą cholerną nieudolną władzę zabili wszystkich w moim mieście, bo udzieli pomocy buntownikom. – Chłopak zwinnie skakał z po drzewie, goniąc zwierzę w jego bezsensownej ucieczce. W końcu ptak, starając się pofrunąć, spadł na ziemię, a w powietrzu rozniósł się krzyk, który… Który stanowczo nie był gołębi. To był krzyk człowieka, który jest śmiertelnie przerażony. Zdziwiony i zaintrygowany Max zeskoczył na ziemię w idealnym momencie, by zobaczyć, jak z stopy dziewczyny spadają ostatnie pióra. Przyjrzał się temu, po czym podniósł oczy by ją obejrzeć i od razu zarumienił się, gdy stwierdził, że jest naga i najwyraźniej tym niespeszona.
- Gdzie jestem? I co tu robię? I kim jesteś? - zapytała, ignorując fakt, że chłopak stał przed nią czerwony, z oczami wbitymi w ziemię tylko po to, by na nią nie patrzeć. – Odpowiadaj albo skończysz w lochu albo piekle.
Ta groźba poskutkowała, bo wyrzucił z siebie:
- J-jestem Max i nie wiedziałem, że D-Duch Święty... jest… płci żeńskiej.
- Który jest rok?
- Dwa tysiące siedemsetny.
- ZAMKNĘLI MNIE W TYM CIELE NA TRZY TYSIĄCE LAT?! Zabiję ich.
- No teraz przynajmniej mamy wspólny temat. Chętnie ci pomogę – wyszeptał chłopak, a ona przyjrzała mu się uważnie i wybuchła śmiechem.
- W życiu nie widziałeś nagiej dziewczyny? Przez trzysta czy tam czterysta lat?
- Mam czternaście lat. Nie mam gwiazdy… już nie mam… Więc starzeję się jak człowiek. I widziałem, ale żadna nie świeciła ani nie była wcześniej gołębiem i… i nie była… taka jak ty.
- Nawet o tym nie myśl. Jesteś zbyt brudny i nie wiem jak wyglądasz pod ta warstwa błota. A poza tym czternaście lat to dla mnie stanowczo za młody.
Jego oczy zrobiły się okrągłe.
- Zaraz… Czy ty nie jesteś Duchem Świętym, nie dajesz darów czy czegoś i nie jesteś wzorem cnót?
- Boże, ta dwójka idiotów nagadała o mnie takich głupot, że zaraz padnę. Bliżej mi ludzi niż aniołów. Jak tobie w sumie. Jestem Suse.
- J-już się przedstawiłem… Ale jestem Max…
- Jesteś uroczy. Zaczynam rozumieć, dlaczego moje gołębie serce cię wybrało, ale jestem pewna, że to nie wszystko. Coś w tobie… Takiego, że od razu, gdy cię zobaczyłam, sfrunęłam żeby ci pomóc z tym dupkiem, bo… To będzie strasznie głupie i dziwne, ok? – chłopak pokiwał głową. - Czułam, ze jesteś moim właścicielem.
Odpowiedzią były zupełnie już okrągłe oczy Max’a.
- Nie wiesz co to było?
- Wiem tylko, że to była odwieczna siła, z którą nie można walczyć, ponieważ została stworzona przez Pradawną Magię w momencie, kiedy zmieniłam się w gołębia i ten pakt odnawia się za każdym razem, kiedy się znowu przemieniam w ptaka.
Buntownik nie szanuje Trójcy Świętej, reszty aniołów i przepisów, ale nawet on pochyla głowę gdy słyszy o TEJ magii, ponieważ jest ona rzeczą, która jest od stworzenia świata, była wręcz wtedy, kiedy na ziemi były tylko wulkany, skały i lawa, a życie powoli powstawało pod jej czujnym okiem, i nie może przeminąć aż do jego końca.
- Dobra, Maxxie, a teraz mi mów, co ty kurwa robiłeś w środku puszczy w ciągu takiej ciemnej nocy i dlatego ten sukinsyn próbował cię zabić.
Chłopak zagryzł wargę i postawił wszystko na jedna kartę.
- Widzisz, kiedy ty byłaś… powiedzmy, że nie w pełni świadoma, to garstka aniołów, którym nie podobało się wasze panowanie, zorganizowało bunt. Co prawda przegrali większość powstań i zostali prawie doszczętnie wybici w bitwie pod Wonderpolis, ale nie zrezygnowali i do dzisiaj kryją się w jaskiniach, organizując oddziały sabotażowe i bojowe.
- Dobra, szybki kurs historii, która mnie ominęła był bardzo przyjemny, ale oczekuję wyjaśnień.
- Jestem jednym z nich. Szukam Anioła Nienawiści, by skończyć tworzyć armię godną przeciwnika.
Dziewczyna uśmiecha się.
- Mam dla ciebie propozycję nie do odrzucenia.

***

Po trzech dniach włóczenia się po lasach i mieście w końcu zatrzymali się przed olbrzymim budynkiem Królewskiej Akademii Aniołów. Ze strachem obejrzał wielkie bloki marmuru, wieże pnące aż się do nieba i strażników, którzy uzbrojeni od stóp do głów krążyli nad ich głowami, podejrzliwie mu się przyglądając.
- Przepraszam bardzo, ale jak kurwa zamierzasz tam wejść? – zapytał, wiedząc, że Suse nie może mu odpowiedzieć, bo w dzień, dla bezpieczeństwa zamieniała się w gołębia.
Spojrzała z na niego z politowaniem, o ile gołąb może tak na kogokolwiek spojrzeć i weszła na jego głowę, a on poczuł dziwne skręcanie w żołądku i ze zdziwieniem zauważył, że przestał rzucać cień, a wartownicy ze zdumieniem rozglądają się, szukając go. Chłopak uśmiechnął się radośnie i podskoczył, lądując na framudze otwartego okna na pierwszym piętrze, po czym zakołysał się i upadł na ziemię, boleśnie uderzając o nią twarzą. Suse, jak zwykle, zdążyła odlecieć, bowiem jej skrzydło zrosło się się, gdy było ręką i mogła je uleczyć. Max, krzywiąc się i trzymając za nos, zauważył na stole gazetę z wielkim nagłówkiem: „Anioł Nienawiści nie żyje – umarł w wieku tysiąca lat na gruźlicę”. Przerażony rzucił się na artykuł i przeczytał ostatni akapit: „Rada zdecydowała, że kolejny Anioł Nienawiści nie jest nam potrzebny i zostanie usunięty, zanim zdąży zdziałać zło.”
Zaklął i pokazał wiadomość Suse. Spojrzała z politowaniem i zamieniła się w dziewczynę.
- Wiem, i dlatego przyszliśmy do tego, który nim dopiero zostanie. A teraz rusz tyłek na aulę. – I stała się z powrotem gołębiem. Max zamrugał oszołomiony i poszedł w kierunku, w którym wskazywała strzałka z napisem „Aula”. Wślizgnął się do środka i od razu rzucił, by ukryć się w kącie, z którego zaczął obserwować całą salę, ponieważ była zapełniona uczniami. Jego uwagę przykuł blondyn z kręconymi włosami związanymi w kucyk, który jako jedyny wydawał mieć się to całe zamieszanie robione przez nauczycielkę i resztę uczniów w głębokim poważaniu. Max już miał wejść tam i zapytać, co właściwie robią, ale został zatrzymany przez tłum nastoletnich aniołów wbiegających na salę z okrzykami typu „Pali się!” albo „Zaraz umrzemy!”. Zachichotał cicho, ale spoważniał, gdy na scenę na środku weszła jakaś upiornie tłusta baba z nieproporcjonalnie małymi skrzydełkami i ogłosiła komunikat o zaginięciu Suse (rzecz jasna nie nazwała jej Suse tylko Duch Święty). Gołąb chyba też to słyszał, bo niepewnie poruszył się na jego ramieniu, gruchając. Jęknął i już miał rzucić się do ucieczki, gdy zorientował się, że nikt nie zwrócił na nich uwagi, bo wszyscy byli zbyt zajęci paniką.
Wszyscy?
Max odruchowo zerknął w stronę kędzierzawego i zamarł. Chłopak patrzył na niego z otwartymi ustami, a raczej zerkał na jego ramię. Ramię z ślicznym, białym ptakiem, który mógł być tylko jednym. Zielonooki znowu poczuł dławiące przerażenie i błagalnie na niego spojrzałem, składając ręce jak do modlitwy. Przez chwilę na jego twarzy widział wahanie, a potem tamten uśmiechnął się i zasunął swoje usta dłonią, zamykając oczy, co znaczyło, że nic nie widział. W tym momencie jego czoło pokryło się czernią, a on zmarszczył brwi i krzywiąc się zakrył czoło, a jego gwiazda przestała być normalna, a stała się czarna. Ktoś krzyknął na niego po imieniu i Max zapisał w pamięci jak się nazywa.
Nike.
Nike wpatrywał się w Max’a, który, uśmiechając się jak kot z Alicji w Krainie Czarów, powoli zagłębiał się w ciemność kąta auli, aż w końcu zupełnie zniknął.
Nike. Nike. Nike.
Całkiem ładnie.
Całkiem ładnie jak na nowego Anioła Nienawiści.




niedziela, 14 lipca 2013

Rozdział 1

- Otwórzcie notatniki, nie, zostawcie je, rozpocznijmy lekcję od modlitwy! – Typowa logika nauczycieli w tej szkole… - Riverside, przestań mi przeszkadzać, przez swoje zachowanie i oceny w końcu nie zdasz do następnej klasy, nie dostaniesz skrzydeł i nie zostaniesz Bojownikiem Pana! Czy TEGO właśnie chcesz?
Zrezygnowany westchnąłem, nie mając ochoty na kolejną bezsensowną kłótnię, i złożyłem ręce, mamrocząc losowe słowa jakiejś nieznanej mi bliżej litanii, którą zapewne już dawno powinienem umieć.
Nie byłem niczyim pupilkiem, nie byłem dobrym uczniem ani nawet przeciętnym. Dla większości nauczycieli fakt, że jeszcze jestem w tej szkole pozostawał tajemnicą boską. Jedynym przedmiotem, który na pewno zaliczałem bez zagrożenia był OiW (Obrona i Walka), no, i może sport, co przy mojej zręczności i gibkości nie było niczym dziwnym. Moim wzorem byli Czterej, których wybrał Pan. Mogli walczyć nie tylko z demonami i mieszkańcami piekieł oraz z buntownikami, ale i z heretykami na Ziemi. Moim marzeniem było dołączyć do tych legend i mieć specjalne gwiazdy naczolne. Zapewne jednak skończy się na tym, że zostanę z gwiazdą klasyczną i będę służył w Straży, z rozgoryczeniem zabijając najzwyklejsze demony oraz tchórzy z jaskiń w lasach.
- Widzę, że Nike mało interesuje lekcja. Na pewno opowie nam jej temat, skoro tak dużo o niej wie, by siedzieć i ziewać pod oknem.
Wstałem, rzuciłem oknem na błyszczące słowa znikające z powietrza i powiedziałem zdecydowanie:
- Jak wam zapewne wiadomo, Bitwa pod Wonderpolis odbyła się w tysiąc sześćset sześćdziesiątym szóstym roku. Nasi dzielni żołnierze, wykorzystując wszystkie możliwe oddziały, a także okolicznie zamieszkałe anioły, pokonali buntowników. Bohaterem tej wojny został młody, niespełna trzystuletni anioł, który za swoją niezwykłą odwagę i pomoc rannym, został przez Boga mianowany jednym z Czterech, których wybrał. - Zadowolony usiadłem z uśmiechem triumfu. Tematy o nich znałem na pamięć.
Historyczka skrzywiła się i odmaszerowała, po czym oznajmiła ze źle skrywaną niechęcią:
- Bardzo dobrze, Nike, nie jesteś już zagrożony z mojego przedmiotu, a co gorsza… - Zawahała się. - … to znaczy, a poza tym wychodzi ci ocena dobra na koniec roku.
Ze złośliwym uśmieszkiem rozejrzała się po klasie w poszukiwaniu następnej ofiary, która tym razem zrobi z siebie totalnego idiotę, ale jej plan został udaremniony przez dzwonek. Mata Hari warknęła i szybko zadała nam pięć kartek zadań do domu.
Szybko wybiegliśmy z klasy, starając się nie spóźnić na lekcję. Zawsze mnie dziwiło, dlaczego dzwonki są przystosowane do nauczycieli, którzy błyskawicznie przelatywali z klasy do klasy, a nie do nas, biednych uczniów ledwo zdążających na lekcje. Spóźnienia były normą, aczkolwiek tylko wąskie grono wychowawców rozumiało, dlaczego nie jesteśmy w stanie zdążyć. Oni też usiłowali przekonać dyrektorkę, żeby wydłużyła przerwy. Niestety, była ona zdania, że jeśli ona zdąża przyjść do klasy w tym tempie, to wszyscy potrafią. Nic jej nie obchodził fakt, że ona miała skrzydła, a my dopiero je dostaniemy. Wszyscy zazdrościli maturzystom, którzy zbierali się na auli i dostawali możliwość latania, co było jednoznaczne z końcem szkoły. Ja znajdowałem się w tym szczęśliwym gronie i już za tydzień miałem mieć pióropusz puszystych białych piór.
Życie pokazało, że bardzo, ale to bardzo się pomyliłem. I to w stosunku do wszystkiego.
Na razie jednak wbiegłem do klasy sporo po dzwonku razem z grupa innych spóźnialskich. Męczennica tylko na nas popatrzyła ze swoim wyrazem twarzy, któremu zawdzięczała swoje przezwisko.
- Wejdźcie, właśnie maiłam powiedzieć, kto ma zagrożenie i może nie zdać, a tym samym nie dostać skrzydeł.
Zaraz. Zaraz. Co?
- Crystall Avalon, Raven Gold i Nike Riverside muszą poprawić poprawić większość przedmiotów, jeśli chcą być pełnoprawnymi aniołami. Listy z wykazem przedmiotów, godzinami popraw i nauczycielami leżą na biurku. W tym czasie jako jedyni nie będziecie mieli czasu wolnego.
Popatrzyłem na nią z przerażeniem w oczach. Okres, który powinienem poświęcić na robienie z siebie dziwki, spędzę na bieganiu od klasy do klasy i usiłowaniu by zaliczyć kolejne przedmioty. Mimowolnie zerknąłem na listę i uśmiechnąłem się na widok skreślonego „niezaliczone” przy historii, i napisie dobry tuż obok. Ogólnie zaliczyłem język aniołów, demonów, łacinę i dodatkowy ludzki (wybrałem włoski, bo wydawał się najprostszy, a poza tym to język którego używają w pobliżu siedziby boskiego wysłannika) na dostateczny i byłem z siebie dumny z tego powodu. Rozpromieniłem się na widok notatki Salomona, nauczyciela sportu i OiW, przy moich szóstkach z tych przedmiotów: „Jesteś najlepszym z moich dotychczasowych uczniów… w szkole!”. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że dopisek „w szkole” ma wielkie znaczenie. Zaskoczył mnie fakt, że Michał Anioł litościwie postawił mi dobry z zajęć artystycznych z tajemniczym dopiskiem: „Jesteś do mnie podobny – masz wiele talentów”. Nie zaliczyłem wszystkich przedmiotów ścisłych, a także zajęć technicznych, muzycznych oraz jakiś spotkań… z TKACZKĄ?!
Widzę, że zaliczenie będzie bardzo, ale to bardzo ciężkie.
Kątem oka zauważyłam, jak Crystall, córka tutejszego władcy krzywi się i odrzuca swoje długie blond włosy w stronę Amartetti’ego, nasze cudowne dziecko od przedmiotów ścisłych i stwierdziłem, że ma tę samą poprawę co ja, ale będzie mieć lepsze ściągi. Raven, jak to on, uśmiechnął się do mnie radośnie i lekko kpiąco, po czym pokazał kciuk do góry. Pewnie wszystko zaliczy od razu, jest geniuszem improwizacji na temat.
- A tymczasem moje aniołeczki, zejdziemy na aulę i poćwiczymy nasze ustawienie na wasza maturę!
Zrezygnowany powlokłem się na końcu rozgadanej grupy, gdzie popadli mnie Avalon i Gold.
- Co poprawiasz? – zapytała dziewczyna, robiąc uwodzicielską minę. Skrzywiłem się, ponieważ już dawno wytłumaczyłem jej, że nie jest w moim typie, a ona tego po prostu nie rozumiała, uważając się za boginię piękności, której nikt nie może się oprzeć. Raven popatrzył na nią maślanym wzrokiem, a ja westchnąłem
- Prawie wszystko – rzuciłem w końcu. – A wy?
- Ja… - zaczęła. - …przedmioty ścisłe, nudziarstwo nad nudziarstwami. I szycie, a przecież mogę się pokłuć tą igłą! Ale czego się nie zrobi dla takich ślicznych, puszystych skrzydełek, szczególnie jeśli pasują mi do sukienki na maturę!
Płytkość jej wypowiedzi mnie poraziła i po raz kolejny zastanowiłem się co wszyscy w niej widzą, ale po chwili stwierdziłem, że uroda i odpowiednie wymiary wszystko załatwiają.
- Ja mam muzykę, historię i tkactwo – wyszeptał mój przyjaciel niechętnie, nie przerywając patrzenia się na dekolt Crystall. Jęknąłem z rozpaczy w duszy na ten widok, ale go nie skomentowałem, za to uśmiechnąłem się i stwierdziłem:
- No to mamy w trójkę spotkanie z prządką…
- Aniołeczki, stańcie w rządku po dwóch stronach, nie, ty nie tu, idź na tamtą stronę, ty bardziej na prawo, nie to prawo, moje prawo, przestańcie wreszcie gadać. – Męczennica ustawiała nas, starając się nie zwariować. Jej wysiłki przerwało stado uczniów wbiegających na salę.
- Jest alarm! Znaczy były trzy dzwonki, ale nie było wiadomości o próbie, więc myślę że to prawdziwy – powiedziała Mata Hari do pytającej ją o to wtargnięcie naszej wychowawczyni.
Po chwili na aulę wleciała dyrektorka i stanęła przy mikrofonie.

- Mam wam do przekazania widomość o wadze wszechświatowej. Wczoraj około godziny dwunastej w pobliżu Styksu zaginął… - Przerwa dla dramatyzmu, to takie w jej stylu… - …Duch Święty pod postacią gołębicy. Ktokolwiek wie coś o tej sprawie, niech zgłosi się na najbliższą stację Straży. Proszę o nie wpadanie w panikę. A teraz udajcie się na lekcje w ciszy i spoko… - Jej wypowiedź została zagłuszona przez histeryczny krzyk jakiejś drugoklasistki. Już po chwili większość sali biegała i krzyczała, a grono pedagogiczne z przerażeniem patrzyło na ten chaos. Ponieważ ja nie odczuwałem nawet najmniejszej potrzeby robienia z siebie kretyna, rozejrzałem się dookoła i zauważyłem, że w kącie stoi chłopak równie spokojny co ja i się uśmiecha, co nawet dla mnie było dość bezczelne i nieadekwatne w obliczu tragedii narodowej. Przyjrzałem mu się dokładniej i zauważyłem, że wygląda jakby co najmniej przeszedł eliminacje do wojska – pokrywała go warstwa błota, kurzu i jakiś krzaków, co czyniło go nierozpoznawalnym, ale po dłuższym przyjrzeniu się stwierdziłem, że ma blond włosy, żołnierski strój i gołębia na ramieniu. Gołębia, który był olśniewający biały i świetlisty. Otworzyłem szeroko usta i oczy, gdy pojąłem, że właśnie patrzę na Ducha Świętego, jednego z Wielkiej Trójcy. Już chciałem zacząć krzyczeć, kiedy chłopak złożył błagalnie ręce, nie przestając krnąbrnie się uśmiechać. W jego zielonych oczach igrały ogniki, które w jakiś sposób pokazały mi, że nie rozstanie się z tym ptakiem choćby musiał zginąć. I zamknąłem się, uśmiechając się do niego i wykonując ruch, który oznaczał, że nic nie widziałem. Odmachał mi radośnie i zniknął w ciemności, a ja poczułem lekkie pieczenie na czole, więc przeczuwając, że wyszło mi tam coś paskudnego, poprawiłem grzywkę tak, żeby je zakryć. Jeszcze nie wiedziałem, że właśnie uratowałem swoje życie.

sobota, 6 lipca 2013

Prolog

Wysoko w górach, wśród nieprzebytych lasów Netherabithii w szczelinie grzbietu gasło ognisko. Po ścianach jaskini pełzały odblaski dogorywających płomieni, sprawiając, że barwne rysunki zaczęły blaknąć i znikać. W końcu została tylko jedna mała pochodnia, nic niedająca w ogromie przestrzeni. Wraz z ciemnością pojawił się chłód, przez który postacie skłębione w środku wtuliły się w siebie, nie protestując na ścisk, który zapanował. Ktoś zaczął nucić melodię, która została błyskawicznie podchwycona przez innych i po chwili cała grota zapełniła się echem śpiewu pełnego marzeń, nadziei i tęsknoty.
W progu ktoś się pojawił. Natychmiast zapanowało poruszenie i jakiś młody głos szybko warknął:
- Hasło.
Odpowiedzią był krótki śmiech i początek okrzyku: „Znalaz…!”. Miało to być zapewne wezwania „Znalazłem ich!”  dla posiłków, ale nigdy nie zostało dokończone, ponieważ w powietrzu przemknął cień, a w świetle księżyca coś błysnęło. Ktoś uniósł pochodnię w idealnym momencie, by zobaczyć, jak chłopak z długimi blond włosami ze wściekłością w zielonych oczach zatapia ostrze w gardle jakiegoś wyższego rangą anioła, po czym zadowolony wyciąga je, nie przejmując się krwią brudząca jego ręce i ubrane, a nawet twarz, a jego ofiara pada na ziemię. Oblizał ręce ze złotego płynu i wypluł, mrucząc pod nosem: „Znowu nie ten…”. W tym samym momencie inna istota znowu pojawiła się przy wejściu. Ktoś inny zapytał jeszcze bardziej szorstko:
- Hasło?!
Człowiek przy wejściu ze stoickim spokojem wyszeptał zmęczonym głosem:
- Ceną wolności nie jest śmierć. A poza tym bardzo dobra i szybka reakcja, Max, myślę, że mimo że jesteś jednym z najmłodszych z nas, zostaniesz szybko wybrany na przywódcę.
Zapanowało wielkie poruszenie, które nieznajomy szybko uciszył zdecydowanym głosem. Reakcja chłopaka była błyskawiczna.
- Salomon! Dawno cię nie widzieliśmy. Dlaczego nie wracałeś tak długo? – rzucił z radością, ale i z lekkim wyrzutem.
- Ponieważ, mój drogi, polowania na buntowników się ostatnio się nasiliły, jakbyś nie zauważył. – Mężczyzna trącił czubkiem buta ciało zamieniające się w pył. Max z nienawiścią syknął.
- Dlaczego? Stało się coś szczególnego?
- Tak. – Wskazał za chłopaka, który stał tuż obok niego, a którego wcześniej nie zauważono. Jego twarz skrywał kaptur, który teraz odrzucił. W jego błękitnych oczach odbijał się z całe niebo. – ON się pojawił.
Zebrani w jaskini z szacunkiem i trwogą pochylili głowy na widok gwiazdy Boskiej Mocy. Równocześnie sięgnęli rękami do własnych skażonych znaków i ze smutkiem myśleli o czasach, kiedy były piękne. Jedynie zielonooki nie wykonał tego ruchu. Wiedział, że trafi na okrągłą wypukłość, która oznaczała, że jego gwiazda została brutalnie zniszczona i pozostała po niej tylko źle zagojona blizna. Szybko i wściekle warknął:
- Jeśli go mamy, to dlaczego nie atakujemy? Przecież jest pewnym zwycięstwem.
Salomon popatrzył na niego ze współczuciem. Jedynie on znał tę historię, ponurą i smutna historię, historię pełną bólu i rozpaczy.
- Potrzebujemy jeszcze jednego pionka, który ich może obronić. A twoim zadaniem będzie go zdobyć.