niedziela, 25 sierpnia 2013

Rozdział 2

 Przepraszam, tu autorka, czy ktoś by mógł napisać chociaż jeden komentarz, PROSZĘ?
_____________________________________________________________________________________________

Wyruszył o świcie, świadomy ryzyka tego posunięcia. On jednak nie zamierzał czekać, aż się ściemni i będzie bezpieczny. Chciał wypełnić swoją misję jak najszybciej i jak najlepiej, by w końcu skończyć z tym znienawidzonym światem i zacząć inne życie. Mimo braku skrzydeł poruszył się dużo ciszej niż większość aniołów szkolonych przez lata. Dzięki temu parokrotnie minął już duże oddziały patrolujące las w poszukiwaniu buntowników. W końcu jednak konfrontacja musiała nastąpić, i stało się to wcześniej niż później.
Naprawdę ciemną nocą, kiedy nie było już widać zupełnie niczego, chłopak wspiął się na drzewo, by być w miarę przygotowanym na atak. Zanim jednak zamknął oczy, obok jego głowy ze świstem wbiła się strzała. Nie musiał się specjalnie wysilać, by zauważyć wyrytą na grocie złotą czwórkę. Po raz pierwszy od dawna poczuł dławiący strach. Wobec największych aniołów we wszechświecie był bezsilny i zupełnie bezbronny. Mimo tego przeskoczył na inną gałąź i zwinnie zszedł z drzewa. Instynkt nakazywał mu uciekać jak najdalej, ale wiedział, że to się nie uda. Jedyną opcją była godna, bohaterska śmierć. Wyjął nóż, który od zawsze był jego jedyną bronią i skoczył w ciemność. W ułamku sekundy trafił na kogoś, w kim zatopił ostrze. Osoba zrzuciła go z siebie w mgnieniu oka i chłopak boleśnie uderzył twarzą w ziemię. Jego usta wypełnił metaliczny posmak, a po brodzie zaczęło coś ściekać. Na oślep zadał następne cięcie, które spotkało się z celem. Ofiara szarpnęła i wbiła coś głęboko w rękę Max'a. Chłopak wyrwał się i kopniakiem usiłował trafić w głowę anioła. Po krzyku i odgłosie upadku stwierdził, że mu się udało. Chwila triumfu nie trwała długo, ponieważ wokół jego szyi zacisnęły się ręce. Krztusząc się, Max zaczął się dusić, a nie pomagało mu to, że próbował się wyrwać. Ostatkiem sił wbił ostrze w ciało gdzieś nad sobą i ze zdziwieniem stwierdził, ze ucisk zniknął. Podniósł się, sycząc, gdy poczuł ból w ramieniu i poczuł dumę, gdy tamten go nie zaatakował. Po omacku poszukał dłoni i z szatańskim, wariackim śmiechem stwierdził, że nie czuje pulsu. Wciąż czuł absurd całej sytuacji. Zabił jednego z tej wielkiej czwórki, jednego z największych wojowników, jednego z tych uznawanych za wiecznych. Spróbował przywołać swoje anielskie moce, by wytworzyć światło, ale efektem była mała iskra, która natychmiast zgasła, nie ukazując niczego. Wściekle kopnął w przedmiot obok siebie, myśląc, że to kamień. Zamiast tego usłyszał pełne wyrzutu gruchanie gołębia. Pochylił się i podniósł go. W słabym świetle gwiazd dostrzegł tylko, ze ptak jest śnieżnobiały. Zdziwiło go, że ufnie siedzi na ręce człowiekowi, ale po chwili zobaczył bezwładnie zwisające skrzydło. Pierwsze, o czym pomyślał to to, że jest cholernie głodny, a gołąb mu już nie ucieknie. A drugie, że jest mu wstyd za pierwszą myśl, bo istotą, która go uratowała od śmierci, kiedy był mały był właśnie podobny do tego ptaka. Pogłaskał go po piórach, a wtedy powietrze rozświetliło się jakby tysiące aniołów tworzyło światełka. Spojrzał w dół. Pokonał Raphael’a, drugiego najważniejszego z Czwórki. Nie mógł się powstrzymać i zebrał trochę krwi na palce, po czym je polizał. „Znowu nie ten” – pomyślał z żalem.
Nagle uświadomił sobie, ze nie wygrał z nim dzięki swoim zdolnościom, ale dzięki temu gołębiowi. Przyjrzał mu się i coś mu się zaczęło przypominać, ale było to zbyt mgliste, by wiedział co. Ptak w międzyczasie usadowił się wygodnie na jego ramieniu. Max krzyknął, gdy pazury wbiły mu się w głęboką ranę i usiłował zrzucić swojego prześladowcę, ale po chwili ból i krew zniknęły, a rana zabliźniła się, po czym znikła bez śladu. Chłopak nabożnie przechylił głowę.
- Cholera, a ja cię chciałem zjeść. Jednak teraz mam z ciebie żywego większy pożytek niż z jedzenia. Jesteś samczykiem czy samiczką?
Po chwili zorientował się, że mówi do gołębia, który mimo wielkiej mocy i zdolności jednak nie umie gadać. Delikatnie położył go na głowie i wspiął się na drzewo, by pójść spać. Nagle zmarszczył brwi.
- Zaraz, skoro umiesz leczyć rany, to czemu nie wyleczysz sobie skrzydła? Na pewno wolisz wolność niż siedzieć z czymś, co nie jest ani człowiekiem, ani aniołem. I…
Jego głos zamarł. Po pierwsze, jego misja polegała na czymś innym niż odpoczywaniu i rozmowach z gołębiami. Powinien być w drodze i jak najszybciej znaleźć Anioła Nienawiści. A po drugie, skoro gołąb umiał leczyć, to czy mógłby…
Wspomnienia stały się zbyt świeże. Krew, strumienie złocistej posoki wszędzie – na ulicy, na ścianach, w domach, w ogrodach, na kościołach, targach, mostach i chodnikach. Dłoń matki ciągnącej go szybko za sobą, szybko wyrwana z jego dłoni. Nóż przecinający jego czoło, zmiana barwy krwi na czerwoną w ułamku sekundy. Przerażenie, że przestaje być aniołem. Życie czegoś pośredniego, zbyt niezwykłego by być człowiekiem, i zbyt innego by być aniołem.
- Mam czternaście lat, wiesz? Powinienem być małym cherubinkiem czy czymś, takim jak na obrazach, a nie osiągnąć wielkość i dojrzałość dwustuletniego anioła! Ja się zestarzeję i UMRĘ. I nigdy się nie dowiem, jakim byłem aniołem, bo ktoś uznał za zabawne wyciąć mi gwiazdę. Ugryzłem go. Smak jego krwi pamiętam do dzisiaj. Szukam go, by się na nim zemścić, ale i tak nie dowiem się, kim byłem. Czy możesz mi pomóc?
Gołąb popatrzył na niego, jakby rozumiał. Podreptał chwilę w miejscy, po czym opuścił pazury na jego czoło. Chłopak zagryzł żeby, bo wiedział, ze będzie boleć, a nie chciał krzyczeć. Jednak jego wysiłek nie był potrzebny, bo gdy tylko poczuł, jak krew wytryska z jego czoła, cicho jęknął, nie mogąc wydobyć z siebie głosu. Przez chwilę czuł ulgę pomieszaną z lekkim bólem, ale potem nagle pojawiło się straszne, okropne uczucie, jakby ktoś rozrywał mu czaszkę od środka, uczucie wprost nie do opisania i zaczął krzyczeć, krzyczeć tak głośno jak tylko mógł, tak, że myślał, że wypluje płuca, a w końcu zerwał z czoła ptaka i odrzucił go najdalej jak się dało, starając się nie zemdleć ani nie zwymiotować. Gołąb, jakby zupełnie się nie przejmując traktowaniem go w ten sposób, przydreptał i umościł się na włosach płaczącego chłopaka.
- Miałem nadzieję, że to zadziała – wychlipał Max. – Tak strasznie chciałem wiedzieć, kim jestem. I właśnie teraz zrozumiałem, że to się nigdy nie uda. Musiałbym wyrżnąć wszystkich i próbować ich krwi po kolei, by znaleźć zabójcę moich rodziców, a to niemożliwe. Po prostu, cholera, niemożliwe – zaśmiał się histerycznie, patrząc na blask, który go otaczał za sprawą tego gołębia i wtedy zrozumiał, co siedzi na jego głowie. Z okrzykiem zamachnął się nożem na ptaka, ale on już przeskoczył a inna gałąź.
- Jesteś Duchem Świętym. Ty cholerny sukinsynie, byłem pewien, że chcesz mi pomóc, z ty okazałeś się jednym z Trójcy Kurwa Przenajświętszej. Zabiję cię. ZABIJĘ! To z wami walczę. To was nienawidzę. To przez waszą cholerną nieudolną władzę zabili wszystkich w moim mieście, bo udzieli pomocy buntownikom. – Chłopak zwinnie skakał z po drzewie, goniąc zwierzę w jego bezsensownej ucieczce. W końcu ptak, starając się pofrunąć, spadł na ziemię, a w powietrzu rozniósł się krzyk, który… Który stanowczo nie był gołębi. To był krzyk człowieka, który jest śmiertelnie przerażony. Zdziwiony i zaintrygowany Max zeskoczył na ziemię w idealnym momencie, by zobaczyć, jak z stopy dziewczyny spadają ostatnie pióra. Przyjrzał się temu, po czym podniósł oczy by ją obejrzeć i od razu zarumienił się, gdy stwierdził, że jest naga i najwyraźniej tym niespeszona.
- Gdzie jestem? I co tu robię? I kim jesteś? - zapytała, ignorując fakt, że chłopak stał przed nią czerwony, z oczami wbitymi w ziemię tylko po to, by na nią nie patrzeć. – Odpowiadaj albo skończysz w lochu albo piekle.
Ta groźba poskutkowała, bo wyrzucił z siebie:
- J-jestem Max i nie wiedziałem, że D-Duch Święty... jest… płci żeńskiej.
- Który jest rok?
- Dwa tysiące siedemsetny.
- ZAMKNĘLI MNIE W TYM CIELE NA TRZY TYSIĄCE LAT?! Zabiję ich.
- No teraz przynajmniej mamy wspólny temat. Chętnie ci pomogę – wyszeptał chłopak, a ona przyjrzała mu się uważnie i wybuchła śmiechem.
- W życiu nie widziałeś nagiej dziewczyny? Przez trzysta czy tam czterysta lat?
- Mam czternaście lat. Nie mam gwiazdy… już nie mam… Więc starzeję się jak człowiek. I widziałem, ale żadna nie świeciła ani nie była wcześniej gołębiem i… i nie była… taka jak ty.
- Nawet o tym nie myśl. Jesteś zbyt brudny i nie wiem jak wyglądasz pod ta warstwa błota. A poza tym czternaście lat to dla mnie stanowczo za młody.
Jego oczy zrobiły się okrągłe.
- Zaraz… Czy ty nie jesteś Duchem Świętym, nie dajesz darów czy czegoś i nie jesteś wzorem cnót?
- Boże, ta dwójka idiotów nagadała o mnie takich głupot, że zaraz padnę. Bliżej mi ludzi niż aniołów. Jak tobie w sumie. Jestem Suse.
- J-już się przedstawiłem… Ale jestem Max…
- Jesteś uroczy. Zaczynam rozumieć, dlaczego moje gołębie serce cię wybrało, ale jestem pewna, że to nie wszystko. Coś w tobie… Takiego, że od razu, gdy cię zobaczyłam, sfrunęłam żeby ci pomóc z tym dupkiem, bo… To będzie strasznie głupie i dziwne, ok? – chłopak pokiwał głową. - Czułam, ze jesteś moim właścicielem.
Odpowiedzią były zupełnie już okrągłe oczy Max’a.
- Nie wiesz co to było?
- Wiem tylko, że to była odwieczna siła, z którą nie można walczyć, ponieważ została stworzona przez Pradawną Magię w momencie, kiedy zmieniłam się w gołębia i ten pakt odnawia się za każdym razem, kiedy się znowu przemieniam w ptaka.
Buntownik nie szanuje Trójcy Świętej, reszty aniołów i przepisów, ale nawet on pochyla głowę gdy słyszy o TEJ magii, ponieważ jest ona rzeczą, która jest od stworzenia świata, była wręcz wtedy, kiedy na ziemi były tylko wulkany, skały i lawa, a życie powoli powstawało pod jej czujnym okiem, i nie może przeminąć aż do jego końca.
- Dobra, Maxxie, a teraz mi mów, co ty kurwa robiłeś w środku puszczy w ciągu takiej ciemnej nocy i dlatego ten sukinsyn próbował cię zabić.
Chłopak zagryzł wargę i postawił wszystko na jedna kartę.
- Widzisz, kiedy ty byłaś… powiedzmy, że nie w pełni świadoma, to garstka aniołów, którym nie podobało się wasze panowanie, zorganizowało bunt. Co prawda przegrali większość powstań i zostali prawie doszczętnie wybici w bitwie pod Wonderpolis, ale nie zrezygnowali i do dzisiaj kryją się w jaskiniach, organizując oddziały sabotażowe i bojowe.
- Dobra, szybki kurs historii, która mnie ominęła był bardzo przyjemny, ale oczekuję wyjaśnień.
- Jestem jednym z nich. Szukam Anioła Nienawiści, by skończyć tworzyć armię godną przeciwnika.
Dziewczyna uśmiecha się.
- Mam dla ciebie propozycję nie do odrzucenia.

***

Po trzech dniach włóczenia się po lasach i mieście w końcu zatrzymali się przed olbrzymim budynkiem Królewskiej Akademii Aniołów. Ze strachem obejrzał wielkie bloki marmuru, wieże pnące aż się do nieba i strażników, którzy uzbrojeni od stóp do głów krążyli nad ich głowami, podejrzliwie mu się przyglądając.
- Przepraszam bardzo, ale jak kurwa zamierzasz tam wejść? – zapytał, wiedząc, że Suse nie może mu odpowiedzieć, bo w dzień, dla bezpieczeństwa zamieniała się w gołębia.
Spojrzała z na niego z politowaniem, o ile gołąb może tak na kogokolwiek spojrzeć i weszła na jego głowę, a on poczuł dziwne skręcanie w żołądku i ze zdziwieniem zauważył, że przestał rzucać cień, a wartownicy ze zdumieniem rozglądają się, szukając go. Chłopak uśmiechnął się radośnie i podskoczył, lądując na framudze otwartego okna na pierwszym piętrze, po czym zakołysał się i upadł na ziemię, boleśnie uderzając o nią twarzą. Suse, jak zwykle, zdążyła odlecieć, bowiem jej skrzydło zrosło się się, gdy było ręką i mogła je uleczyć. Max, krzywiąc się i trzymając za nos, zauważył na stole gazetę z wielkim nagłówkiem: „Anioł Nienawiści nie żyje – umarł w wieku tysiąca lat na gruźlicę”. Przerażony rzucił się na artykuł i przeczytał ostatni akapit: „Rada zdecydowała, że kolejny Anioł Nienawiści nie jest nam potrzebny i zostanie usunięty, zanim zdąży zdziałać zło.”
Zaklął i pokazał wiadomość Suse. Spojrzała z politowaniem i zamieniła się w dziewczynę.
- Wiem, i dlatego przyszliśmy do tego, który nim dopiero zostanie. A teraz rusz tyłek na aulę. – I stała się z powrotem gołębiem. Max zamrugał oszołomiony i poszedł w kierunku, w którym wskazywała strzałka z napisem „Aula”. Wślizgnął się do środka i od razu rzucił, by ukryć się w kącie, z którego zaczął obserwować całą salę, ponieważ była zapełniona uczniami. Jego uwagę przykuł blondyn z kręconymi włosami związanymi w kucyk, który jako jedyny wydawał mieć się to całe zamieszanie robione przez nauczycielkę i resztę uczniów w głębokim poważaniu. Max już miał wejść tam i zapytać, co właściwie robią, ale został zatrzymany przez tłum nastoletnich aniołów wbiegających na salę z okrzykami typu „Pali się!” albo „Zaraz umrzemy!”. Zachichotał cicho, ale spoważniał, gdy na scenę na środku weszła jakaś upiornie tłusta baba z nieproporcjonalnie małymi skrzydełkami i ogłosiła komunikat o zaginięciu Suse (rzecz jasna nie nazwała jej Suse tylko Duch Święty). Gołąb chyba też to słyszał, bo niepewnie poruszył się na jego ramieniu, gruchając. Jęknął i już miał rzucić się do ucieczki, gdy zorientował się, że nikt nie zwrócił na nich uwagi, bo wszyscy byli zbyt zajęci paniką.
Wszyscy?
Max odruchowo zerknął w stronę kędzierzawego i zamarł. Chłopak patrzył na niego z otwartymi ustami, a raczej zerkał na jego ramię. Ramię z ślicznym, białym ptakiem, który mógł być tylko jednym. Zielonooki znowu poczuł dławiące przerażenie i błagalnie na niego spojrzałem, składając ręce jak do modlitwy. Przez chwilę na jego twarzy widział wahanie, a potem tamten uśmiechnął się i zasunął swoje usta dłonią, zamykając oczy, co znaczyło, że nic nie widział. W tym momencie jego czoło pokryło się czernią, a on zmarszczył brwi i krzywiąc się zakrył czoło, a jego gwiazda przestała być normalna, a stała się czarna. Ktoś krzyknął na niego po imieniu i Max zapisał w pamięci jak się nazywa.
Nike.
Nike wpatrywał się w Max’a, który, uśmiechając się jak kot z Alicji w Krainie Czarów, powoli zagłębiał się w ciemność kąta auli, aż w końcu zupełnie zniknął.
Nike. Nike. Nike.
Całkiem ładnie.
Całkiem ładnie jak na nowego Anioła Nienawiści.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz